Brenno


W Brennie jest 18:57:52
Donaty, Olechny, Kajetana

Kopanie pyrek

Artykuł Pana Kazimierza Wolniczaka z 1997 roku
Kopanie pyrek

    Jedną z ostatnich, największych prac rolnika jest „kopanie pyrek”. Ziemniaki, bo o nich mowa – pochodzą z Ameryki Południowej, może z Peru i dlatego nasze sławne „pyrki”. Do Europy sprowadzono je w roku 1556 i do dziś stanowią podstawowy artykuł spożywczy dla ludzi i paszowy dla zwierząt oraz cenny produkt do celów przemysłowych. Istnieje wiele odmian ziemniaka z podziałem na jadalne i przemysłowe. Ziemniaki o mniejszej wartości odżywczej i smakowej nazywano „bydlęcymi”. Mimo wszystko, ziemniaki stanowią u nas jedną z głównych upraw polowych. Gorzej jest z wydajnością, czyli zbiorami. Zależą one w dużej mierze od opadów, których u nas niekiedy nie ma całe lato i wtedy już w lipcu i sierpniu ziemniaki schną. Inną klęską dla ziemniaków jest stonka, a ostatnio mątwik i zaraza ziemniaczana.
    Oj były to czasy, kiedy stonki jeszcze nie było. W latach pięćdziesiątych rozpoczęła się akcja „walki ze stonką”. Na czym ta walka polegała? Otóż obowiązkowo, co dwa tygodnie, zbierali się ludzie koło sołtysa (po jednym każdej rodziny). Byli uzbrojeni w kije i butelki wypełnione do połowy naftą i wodą. Oczywiście kije były nie na stonkę, tylko na odgarnianie zielonych, bujnych łętów i do dokładnego przeglądania liści oraz wypatrywania choćby jednej stonki. (Z tą dokładnością przeglądania różnie bywało). Tak uzbrojeni ludzie tworzyli drużyny i pod kierunkiem przeszkolonego przewodnika udawali się na pola, we wszystkie rejony uprawy ziemniaka. Szukanie stonki trwało od rana do południa. W międzyczasie były kontrole różnych władz, sprawdzające poprawność wykonania zadania. A mimo wszystko nabierano ich, bo czasami wchodzono tylko kilka kroków do radlonek, aby były ślady ludzkich stóp i potem wycofywano się. Na jednego „zbieracza” przypadało od 2 do 4 radlonek dokładnej obserwacji. Niestety – stonki nie było! Wspomnieć też trzeba o przypadkach karania opornych – tych, którzy lekceważyli walkę ze stonką.
    Po gorącym lecie, po uporaniu się ze zbiorem drugiego pokosu siana – potrawu, nadchodzi złota polska jesień, a wraz znią kopanie „pyrek”. Inaczej było z tym kopaniem kiedyś. Kopano tylko „hakami”. Aby ułatwić sobie takie kopanie, najpierw rozladlano radlinki z ziemniakami, a potem przegarniano „hakami” ziemi i zbierano ziemniaki do koszyków. Często dzieci przed mamą i tatą w radlinkach zbierały „pyrki” do koszyczków. Wtedy robota szła lepiej i szybciej. Uzbierane „pyrki” sypano na wóz ubrany w „tylniki” i czasem „obkładki”, aby więcej włożyć. Koła wozu, który nazywał się Hela, były na żelaznych „sztobach”.
    Wkrótce zaczęto używać do kopania maszyn konnych, zwanych „kopaczkami”. Przed kopaniem taką maszyną trzeba było pole obkopać, to znaczy każdą „rajkę” (tak też mówiono na radlinki) – należało rozpocząć na długości około 1 do 2 metrów. Wtedy łatwiej rozpocząć i skończyć kopanie tą maszyną. Kopaczki wyrzucały „pyrki” na bok, czasem daleko. Stosowano więc różne ulepszenia, aby ziemniaki za daleko się nie rozlatywały.
    Do takiej pracy potrzeba było dużo ludzi, często najętych za opłatą lub za bardzo modny kiedyś „odrobek”. Dzielili się oni na pary, a gospodarz wyznaczał im sprawiedliwie równe kawałki do zbierania i rozpoczynało się kopanie. Gospodarz ciągle jeździł końmi oraz maszyną i „wyjeżdżał pyrki”, a ludzie zbierali. Wielkim wstydem był nie zdążyć ze zbieraniem, bo gospodarz „najechał” (musiał stanąć końmi). Dlatego trzeba było się ciągle spieszyć ze zbieraniem, więc wieczorem plecy bolały.
    W południe przywożono na pole „jedze” (obiad). Po takim morderczym wysiłku obiad smakował wszystkim – w dodatku na „świeżym powietrzu”. Podwieczorku nie było, bo dni były krótkie. Za to wieczorem „po robocie” dawano „skiby chleba” na drogę do domu. Często po skończonej robocie trzeba było jeszcze pozbierać „pyrki” za bronami. Gospodarz bronował całe „pyrczysko” i zagarniał suche łęty, aby było czym przykryć na noc podłużne „kupki pyrek”, które się nie zmieściły na wozy. I tak kończył się utrudzony, jeden podobny do drugiego dzień.
    Wielkie kopanie „pyrek” odbywało się przed wojną na „dworze Pana” w Wijewie. Mówiono wtedy, że chodzi się na „szefle”. „Szefel” – to drewniany pojemnik, który służył jako miara uzbieranych „pyrek”. Stanowiło to podstawę do zapłaty za pracę. Później, aby ułatwić sobie pracę zaczęto „wyjeżdżać pyrki na kupę” – to znaczy wykonano część lub całe pole od razu, a rozstawieni ludzie zbierali (można było nawet, na kolanach). Często silniejsi mężczyźni tylko odnosili i wysypywali koszyki.
Obecnie kopie się nowoczesnymi kopaczkami – elewatorowymi – ciągnionymi przez traktory. Wykopuje się po dwie, co drugie i dobrze wytrzęsione z łęt rzędy łatwo się zbiera. A nie tak dawno pojawiły się na jesiennych polach kombajny ziemniaczane. Takie kopanie jest lżejsze i niewielu ludzi potrzeba do obsługi, takiej machiny (wybieranie kamieni).
    Wiele zmieniło się na naszych jesiennych polach. Pozostał jednak ten sam krajobraz jesienny, te same „pyrki” i snujące się z dala sentymentalne dymy ognisk z pieczonymi ziemniakami, a w domu „plindze” z dużych, świeżych „pyrek” – które zjadamy „my” – „poznańskie pyry”.






aktualizowano 2011-11-05 21:20:48 / AnitaSolarczyk


Brenno