Brenno


W Brennie jest 17:22:34
Donaty, Olechny, Kajetana

Kto odbierał dzieci od „bociana”?

Artykuł Pana Kazimierza Wolniczaka z 1997 roku.
Kto odbierał dzieci od „bociana”?

   Prastarą ziemię breńsko-wijewską zamieszkują rdzenni Polacy, ludzie pracowici, przywiązani do wiary i ziemi praojców. Nie raz dawali dowody walki o polskość tych ziem. Nie wyszli stąd sławni i wielcy ludzie. Jednak gdyby głębiej się przyjrzeć pracy i życiu tego skromnego ludu, można by znaleźć postacie, które dziś po latach zasługują na wspomnienie. Ida bowiem za nimi ich czyny, praca i zaangażowanie w środowisku wiejskim. Jedną z takich postaci prawie już zapomnianą, jest bardzo popularna kiedyś, Pani Adela Nowak, z zawodu położna. Była tak popularna, że na co dzień posługiwano się określeniem „akuszerka”, lub po prostu, po dawnemu „kuszerka”. I o dziwo wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. O jej wielkości świadczy dzieło i wspomnienia, jakie po sobie zostawiła.
    „Bocian dzieci nosił” – a Ona przez 47 lat je odbierała i przyjmowała. Wielu dzisiejszych mieszkańców Wijewa, Brenna, Potrzebowa, Zaborówca i Radomyśla, oraz najbliższej okolicy w Jej rękach przyszło na świat. Nie było kiedyś izb porodowych. Dzieci przychodziły na świat w domach swoich rodziców. Stąd powiedzenie „mój ukochany dom rodzinny”, o czym niestety nie mogą powiedzieć dzisiejsze pokolenie.
    Adela Mała urodziła się za jeziorami w pobliskim Osłoninie, dnia 26 grudnia 1884r. W roku 1910 wyszła za mąż za Stanisława Nowaka z Wijewa, górnika WestFalii. Szkołę pielęgniarską ukończyła w Poznaniu, gdzie zdobyła zawód akuszerki – dzisiejszej położnej. Pierwszą pracę otrzymała w Pleszewie koło Kalisza. Po kilku latach przybyła do Wijewa, gdzie osiedliła się na stałe. Z Pleszewa przybyła z córką Winką (ur. 1914r.), a w Wijewie urodziła Stanisławowi jeszcze syna Karola (ur. 1921r.) i córkę Genię (ur. 1925r.).
    Od tego czasu daruje się Jej praca na tutejszym terenie. W czasie okupacji odbierała polskie i niemieckie porody, mniej więcej aż do połowy wojny. Zarabiała w ten sposób na utrzymanie rodziny. Los wojenny nie ominął także Jej rodziny. Syn Karol został zabrany na roboty przymusowe do Wałbrzycha, a córki Winka i Genia do Einsatz, na tzw. „okopy” (kopanie rowów przeciwpancernych). Natomiast Adela z mężem i wnuczkami: Adzikiem i Lolkiem (synami Winki), wysiedleni zostali do Osiecznej koło Leszna. Pod koniec wojny, w leszczyńskim szpitalu zmarła najstarsza córka Winka w wieku 31 lat, pozostawiając wspomniane dzieci wychowaniu i opiece babci Adeli i cioci Geni, bo także ich ojciec zmarł. Nie trwało długo, zdarzyła się następująca tragedia w rodzinie Adeli. W roku 1950 w Jeziorze Breńskim utonął syn Karol. Miał zaledwie 29 lat. Dwa lata później umiera mąż Stanisław.
    A chłopcy dorastali i skończyli Szkołę Podstawową w Brennie i Wijewie. Starszy Adzik usamodzielnił się w Poznaniu u dzidka Szczepana, pracując jako rzeźnik. Młodszy Lolek ukończył Liceum Pedagogiczne w Lesznie i stał się nauczycielem. Ukochał śpiew i muzykę.
    Akuszerka Adela po wojnie pracowała w Ośrodku Zdrowia w Wijewie, prowadząc nadal prywatną praktykę położniczą. Była ofiarną położną, dostępną o każdej porze dnia i nocy. Do porodu przyjeżdżano po nią bryczką lub powózką krytą. Siadała samotnie na tylnim siedzisku, a obok dużą torbę dźwigał stremowany i trochę speszony przyszły tata. W takiej sytuacji powszechne było wiadomo, komu rodzi się dziecko we wsi. Czasem Pani Adela jechała rowerem i doglądała matki i dziecka przez cały tydzień. Kąpała i opatrywała noworodka, służyła radą, a czasem nawet chrzciła „z wody”. Była wesołego usposobienia. W swej młodości grywała na harmonii z braćmi na zabawach i potańcówkach. Udało Jej się nauczyć wnuków grać na ustnej harmonijce. Nie zdążyła przejść na emeryturę, bo pracowała do ostatnich dni. Była kobietą pobożną, zanosiła do Boga modły w każdej intencji. Tym razem była rano na Mszy Świętej w kościele w Brennie, chyba w intencji wnuka Lolka, który właśnie składał egzamin maturalny. Po powrocie z kościoła, przed południem listonosz zastał ją nieprzytomną. Ostatnimi resztkami sił szeptała: Lolek, Lolek. Pewne więc było z czym umierała i o co się modliła.
    Zmarła w szpitalu we Wschowie, nie wiedząc o pomyślnej maturze wnuka. Przeżyła 73 lata. Dopełniła w swoim życiu rzeczy wielkich. Wychowała i usamodzielniła swoich ukochanych wnuków. Odebrała 3,5 tysiąca porodów. W tym bliźnięta i jedne trojaczki. Radowała się każdym nowym istnieniem ludzkim. Na pewno broniłaby dziś każdego poczętego życia. Ludność tutejsza, szczególnie matki starszego pokolenia, mile i serdecznie z wdzięcznością ją wspominają.
    Pochowana jest na cmentarzu w Brennie. Dlatego odwiedzając zmarłych na tym cmentarzu, nie zapomnij przystanąć na chwilę nad Jej skromną mogiłą, bo i skromne było Jej życie. Pomyśl, może i ty jesteś jednym z tych, którzy w Jej rękach ujrzeli światło dzienne i wydali pierwszy okrzyk radości życia. Nie podziękowałeś Jej wtedy za to, dlatego dzisiaj należy Jej się od Ciebie, Twój wdzięczny „Wieczny odpoczynek, racz Jej dać Panie”.
    Ks. Proboszcz Antoni Nowak, bardzo ją cenił. Widząc Ją jako kandydatkę na błogosławioną, zaproponował napis na tablicy nagrobnej „Szczęściem moim jest trwać przy Bogu”.

Kazimierz Wolniczak






aktualizowano 2011-10-17 16:13:45 / AnitaSolarczyk


Brenno