Brenno


W Brennie jest 17:25:46
Donaty, Olechny, Kajetana

Plon niesiemy, plon…

Artykuł Pana Kazimierza Wolniczaka z 1997 roku
Plon niesiemy, plon…

   Żniwa to okres najcięższych i najważniejszych prac rolnika. Przypadają one zawsze wtedy, gdy nastają skwarne dni lipcowe i sierpniowe. Rolnik sieje i pielęgnuje zboże, aby potem zebrać obfite plony, aby nigdy nie zabrakło chleba na polskim stole, o co w codziennej modlitwie prosimy. Dlatego należy szanować chleb powszedni. Prawdziwą wartość chleba znają tylko ci, którzy go utracili i cierpieli głód w czasie ostatniej wojny. Smak chleba zna też doskonale rolnik, który trudzi się w pocie czoła, w upale i spiekocie, wśród złotych łanów zbóż. Mądrzy są więc ci, którzy doceniają pracę rolnika i każdy kłos zboża.
    U nas uprawia się głównie cztery pospolite zboża: żyto, pszenicę, owies i jęczmień oraz ostatnio modne pszenżyto i pochodne mieszanki zbożowe. Z biegiem lat wyginęły uprawy prosa, lnu i konopi. Pamiętają je tylko starsi wraz ze żniwną piosenką „Uciekła mi przepióreczka w proso, a ja za nią nieboraczek boso…” oraz porzekadłem – „Wyrwał się jak Filip z konopi”.
    Oczywiste jest, że wraz postępem rolnictwa na żniwne pola wkroczyła technika i mechanizacja. Dzisiaj więc inaczej wyglądają żniwa, niż kiedyś dawniej trud ludu żniwnego był o wiele większy. Nasi pradziadowie żęli zboże sierpami i młócili cepami. Przed wojną i zaraz po niej koszono zboże kosami zwanymi u nas „grotami”. Były to kosy oprawione na kosiku ze specjalnymi podpórkami z witek w kształcie pałąków, służących do tego, aby zboże lepiej układało się na pokosy. Łatwiej było wtedy kobietom sierpami „ubrać zboże” i związać w snopki. Za każdym więc żniwiarzem podążała „ubieraczka”, która musiała ładnie i równo „ubrać”, a potem dobrze w snopy związać zboże powrósłem na specjalny żniwny węzeł. Na dużych polach kosiło kilku, a nawet kilkunastu kośników i tyle samo kobiet za nimi ubierało zboże w snopy. Pracę „ w imię Boże” rozpoczynano rychło rano, gdy było chłodno i trwała ona cały dzień, z przerwą na śniadanie, obiad i podwieczorek. Posiłki, które z domu przywoziła gospodyni lub dzieci, spożywano na polu. Rozsiadywali się wtedy wszyscy gdzie mogli, na miedzy, na snopku, pod drzewem. Odpoczywali w cieniu pod drzewem, z apetytem wszystko zjadając. Pracę kończono wraz z zachodem słońca. Jeszcze trzeba było tylko ustawić snopy w mendle – kupki po piętnaście snopów, chociaż faktycznie ustawiano po szesnaście, bo lepiej pasowało w kupce. No i już czas do domu, bo z dala, z wieży kościelnej lub kapliczki dolatywał głos sygnaturki wzywający na wieczorny „Anioł Pański”. Wracali więc utrudzeni żniwiarze, aby jutro na nowo rozpocząć kolejny żniwny dzień. Jednak w szybkim tempie morderczą pracę rąk, kos i sierpów zastąpiono maszynami. Najpierw pojawiły się żniwiarki ze śmigłami ciągnione przez dwa, a nawet trzy konie. Kosiły one zboże i miarowo odkładały „Gromotki” (nie związane snopki) na ziemi. Rozstawieni ludzie podążali za maszyną i wiązali snopki. Najlepiej robota szła, gdy ludzi było co najmniej pięciu. Potem popularne stały się konne kosiarki do trawy zwane „gonichami”, przystosowane do żniw poprzez ręczne nagarnianie zboża. „Gonichy” – bo ciągle trzeba było gonić, aby nadążyć z wiązaniem snopów, w przeciwieństwie do żniwiarek, gdzie nie związane snopy można było omijać. Długo nie trwało, gdy wśród łanów zbóż pojawiły się snopowiązałki, najpierw poniemieckie, konne, a potem nasze z ciągnikami. Co za wygoda! Wystarczyło tylko ustawić snopy w kupki i już prawie po żniwach. Po kilku dniach dobrej pogody i gdy snopy w „knowiach” (dolna część snopów) były suche, można było zwozić zboże do stodoły Nadmiar zboża ustawiano w stogi lub prosto z pola młócono. W tym celu młocarnię, najczęściej taką z Kółka Rolniczego, ustawiono na publicznym miejscu i rozpoczynały się omłoty. Z doraźnych omłotów korzystało wielu, szczególnie ci, którzy nie mieli stodół. Fury ze zbożem czasem się przewracały, szczególnie wtedy, gdy były wadliwie ułożone, a słoma zbyt sucha. Bywało też często, że fura się „rozjeżdżała” i część ładunku spadała. Dlatego też fury układali doświadczeni, mający praktykę gospodarze.
    Prawdziwym szczytem techniki stał się kombajn, który w zupełności ułatwia i zastępuje pracę rolnika, no kosi, młóci i wieje, a wymłóconą słomę prasa formuje i wiąże w ładne klocki. Zmienia się żniwny krajobraz, znikają z pól charakterystyczne rzędu mendli. Chociaż są jeszcze rolnicy, którzy uważają, że „aby były żniwa, muszą być kupki” i wciąż tradycyjnie koszą „staja”.
    Uwieńczeniem żniwnego trudu są dożynki – Święto Plonów. Mogły się one odbywać dopiero po uporaniu się że żniwami. Rozpoczynały się przed południem przed południem w niedzielę mszą dziękczynną w miejscowym kościele, gdzie delegacje rolników i gospodyń oraz młodzieży i dzieci przynosiły przed ołtarz symbole swojej pracy - plony. Jest to wieniec w kształcie korony, upleciony z dorodnych kłosów wszystkich zbóż, świeży bochen chleba upieczony z tegorocznej mąki, owoce z sadów, kwiaty i warzywa z ogrodów. Po południu odbywały się dalsze uroczystości, które rozpoczynał barwny korowód dożynkowy. Korowód objeżdżał całą wieś. Na czele zawsze jechali żniwiarze na przystrojonych zbożem i kwiatami koniach. Za nimi podążały przystrojone wozy z orkiestrą, z wieńcem dożynkowym, starostą i starościną oraz gospodarzem dożynek i zaproszonymi gośćmi. Dalej jechały wozy, na których przedstawiano przeróżne, humorystyczne sceny z życia wsi. Na końcu korodowu prezentowano najnowszy sprzęt rolniczy, łącznie z kombajnem do zboża i zielonek. Korowód zawsze zamykała straż pożarna ze zwym samochodem bojowym, która stoi na straży dorobku, mienia i plonów rolnika. Dożynki odbywały się zawsze na wolnym powietrzu. W Wijewie na „Kowalaszykowej Łące”, lub najczęściej w parku. Natomiast w Brennie odbywały się koło „Wieszot” nad jeziorem (dawniejsza przystań rybacka), niekiedy w „ogrodzie Adamczewskiego”, a potem na boisku lub na „Misiowej Łące”. Także w pozostałych wsiach gminy znaleziono odpowiednie miejsce plenerowe na dożynki.
    Na początku części oficjalnej obtańczono i ośpiewano dożynkowy wieniec, który potem przy wtórze pieśni „Plon niesiemy, plon” wręczono gospodarzowi dożynek, którym zwykle bywał sołtys. Po okolicznościowych przemówieniach i popisach artystycznych dziewcząt i chłopaków rozpoczynała się zabawa taneczna urozmaicona przeróżnymi atrakcjami – strzelanie z wiatrówki o nagrody, rzucanie piłkami do puszek, polowanie na koguta, losy, tzw. heklówka, wbijanie gwoździ, wyciąganie nitek z nagrodami, łowienie rybek (obrączki na butelkach) i wiele, wiele innych urozmaiceń. Był też zawsze bufet obficie zaopatrzony we wszystko. Oczywiście było też, że na takie dożynkowe święto trzeba było mieć trochę grosza. Dlatego mówiono, że „za barłóg i zgrabki” trzeba stracić na dożynkach, ale nie zawsze tego starczało. Zabawy były latowe tzn. całe popołudnie, wieczór i noc odbywały się pod gołym niebem. Już świtało, kiedy ostatni zabaw nicy wracali z dożynek do domu.
Dożynek obyczaj przetrwał do dziś, lecz już w trochę uproszczonej formie. Często w formie „wieczorów dożynkowych”. A warto pielęgnować tradycje naszych ojców, bo przecież wrośliśmy w tę ziemię rodzinną.

Kazimierz Wolniczak






aktualizowano 2011-09-07 11:25:04 / AnitaSolarczyk


Brenno