Brenno


W Brennie jest 18:41:06
Donaty, Olechny, Kajetana

Zdjęcie: Po słodkie pieniądze

Po słodkie pieniądze

Szanowni Państwo Na stronie Brenna będziemy prezentować cykl artykułów zamieszczonych w ostatnich kilku i kilkunastu latach na łamach gazety Słowo Ziemi Wschowskiej, poświęconych naszej wsi oraz gminie. Dziś pierwszy artykuł z 1996 roku, którego autorem jest p. Kazimierz Wolniczak. Zapraszamy!

Po słodkie pieniądze

    Wschowa cukrem stoi, bo słynie ze swej starej, poczciwej fabryki cukru. Dumni jesteśmy ze Wschowy, niegdyś naszego miasta powiatowego. Od dawna, bo już w czasie II wojny światowej ludność tutejsza właśnie we Wschowie szukała miejsc pracy. Zresztą trwa to do dziś. Ranne i popołudniowe autobusy przepełnione są młodzieżą szkolną i robotnikami, dojeżdżającymi do szkół i pracy we Wschowie, przede wszystkim „Ponar-Remo” i „WUKOM”.
    Jednak najbardziej popularnym zakładem od dawna była cukrownia. Tam znajdowało zatrudnienie wiele osób z Brenna. Byli to robotnicy sezonowi, zatrudnieni na okres kampanii buraczanej. Już we wrześniu pojawiały się w Brennie afisze obwieszczające nabór mężczyzn do pracy fizycznej w czasie kampanii. Młodzi mężczyźni kompletowali się i w najbliższą niedzielę lub następną udawali się rowerami do Wschowy, aby zapisać się do pracy w cukrowni, która w czasie kampanii opierała się głównie na pracownikach sezonowych.
    Kampania ruszała podobnie jak dziś, pod koniec września. Specyficzny zakład kłębiącej pary, słodkich wyziewów cukrowniczych, przypominał, że cukrownia już ruszyła. Praca kampanijna była trzyzmianowa: pierwsza zmiana od 6.00 do 14.00, druga od 14.00 do 22.00 i trzecia od 22.00 do 6.00. Robotnicy z Brenna do Wschowy dojeżdżali tylko rowerami (codziennie). jechali przez „Filipole”, o jest droga polna koło cmentarza przez las aż do Lginia na tzw. „Przejście” (dawniejsze przejście graniczne) i dalej włączali się już na drogę bitą (szosę) w kierunku Wschowy. Szosa to droga z drobnego kamienia, lepsza od bruku i drogi polnej, ale daleko jej było do dzisiejszych asfaltów. Do Wschowy jechało się jedną godzinę, a z powrotem 45 minut, oczywiście w dobrej pogodzie. Do Wschowy jedzie się pod górkę, a ze Wschowy z górki, stąd ta różnica. Gdy było błoto lub śnieg, jechało się szosą przez Wijewo. Wydłużała się wtedy droga o 4 kilometry, gdyż przez „Filipowo” było 16 km do Wschowy, a przez Wijewo 20 km. „Cukrownicy” łączyli się w zwartą grupę. bo razem raźniej się jechało. Do tych najwytrwalszych i rutynowych „robotników cukrowych” należeli: Władysław Wolniczak, Leon Grześkowiak, Jan Durkowiak, Jan Schmidt, Zenon Roesler oraz wielu innych.
    Czesław Kokornaczyk już jeździł wtedy motocyklem. Zbiórki odbywały się przy kościele.
W październiku, najpierw uczestniczyli w nabożeństwie różańcowym godz. 19.00 a potem ruszali w drogę na nocną zmianę. Należy wspomnieć, ze kiedyś dojeżdżali też brennianie do ciężkiej pracy we wschowskiej cegielni.
    I tak dzień w dzień, w niedzielę również, aż do końca kampanii, która kończyła się dopiero w Nowym Roku, albo po Trzech Królach.
    W czasie Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku pracy nie przerywano. Trzeba było wcześniej opuszczać stół wigilijny oraz sylwestrowy wieczór i jechać do „słodkiej pracy”.
    W czasie świąt gwiazdkowych tylko oświetlona choinka na każdym dziale produkcji przypominała bożonarodzeniowy nastrój.
    W późniejszych latach cukrownia zorganizowała zbiorowy dowóz i odwóz pracowników kompanijnych. Służył do tego stary samochód ciężarowy, podobno jeszcze na „holz – gaz”, prowadzony przez dobrze znanego kierowcę autobusu pana Żabkę.
    Pracowano na różnych działach fabryki: błotniarkach, piecu wapiennym, spławach, warnikach, cedzidłach i innych. Dziś praca w cukrowni wygląda inaczej niż kiedyś, bo oparta jest na całkowitej automatyzacji. Robotnicy, którzy kiedyś dokładnie znali swoją fabrykę, dziś jej nie poznają. Godzinę zmiany obwieszczał zawsze głos syreny cukrowniczej. Robotnicy oczekiwali niekiedy przed portiernią na wyjście, jednak wychodzili dopiero na głos syreny.
    Był też we Wschowie, w czasie kampanii „Hotel Cukrowniczy” na rynku, jednak każdy wolał jechać do domu, aby wyspać się we własnym łóżku. Korzystali z niego Brenianie w sporadycznych, koniecznych przypadkach za niewielką opłatą. Na stałe mieszkali jedynie robotnicy, którzy przyjechali do pracy z województwa lubelskiego.
    Za pracę w cukrowni robotnicy otrzymywali deputat cukru. Co jakiś czas wracali więc obładowani workami na „tragarzach” (bagażnikach). A po zakończonej kampanii, po ostatni deputat jechali koniem i sankami, bo zima wyła już w pełni.
    I tak wszyscy, jak rozpoczynali – tak i szczęśliwie kończyli kampanię. Były nieszczęśliwe wypadki, ale brennianie ich uniknęli.
    Trzeba też wspomnieć, ze w Brennie nie uprawiało się nigdy buraku cukrowego, ze względu na słabe ziemie, a burak chce buraczanej ziemi. Jednak kiedyś kilku rolników pokusiło się na uprawę buraka (cukrówki), lecz zaprzestało, bo się nie opłacało. I tak skończyła się kampania cukrownicza. Dopiero teraz mieli chłopcy czas i okazję na życie towarzyskie i kulturalne. Chodzili więc na zabawy taneczne, a dziewczyny lepiły się do „chłopców ze słodkimi buźkami”.

Kazimierz Wolniczak






aktualizowano 2011-09-07 11:09:58 / AnitaSolarczyk


Brenno