Brenno


W Brennie jest 17:46:37
Donaty, Olechny, Kajetana

Zimowe zabawy na lodzie

Artykuł p. Kazimierza Wolniczaka z 1996 roku

                                                               Zimowe zabawy na lodzie

    Brenno leży nad jeziorem Breńskim. Ma więc doskonałe warunki do uprawiania sportów wodnych latem, a zimą zabaw na lodzie. Kiedyś zimy były bardziej srogie, obfitujące w bogate opady śniegu i silne mrozy. To t była to wielka frajda dla dzieci, a nawet dorosłych. Skute grubym lodem jezioro było doskonałym miejscem do przeróżnych zabaw na lodzie. Były one jednak inne niż dzisiaj. ”Ślizgali” się wszyscy, dzieci i młodzież a nawet starsi z całej wsi. Starsi wychodzili na lód najczęściej w niedzielę po południu, aby przyglądać się bawiącym dzieciom.
    Najłatwiejszą zabawą było ślizganie się z rozpędu w różnych odmianach – na dwóch nogach, na jednej nodze lub w przysiadzie. Były zawody – kto dalej. Zależało to też w dużym stopniu od podeszwy obuwia. Najlepiej ślizgały się „okulaki”, gdyż podeszwy były z drewna. Mówiono też na nie „drewniaki” lub „pierony”. Niektóre dzieci miały już łyżwy, ale drewniane z żelaznym prętem pod spodem jako płozę. Początkujący najczęściej ślizgali się na jednej łyżwie, druga była na nodze brata lub siostry. Łyżwy były przymocowane do obuwia sznurkami lub paskami, Jazda na jednej łyżwie podobna jest do jazdy na hulajnodze. Lepsze były łyżwy żelazne, najpierw też na paskach mocowane, później przykręcane za pomocą żabek dociąganych kluczykiem, który wisiał na szyi każdego łyżwiarza. Zabezpieczało to przed ewentualnym zagubieniem kluczyka, co zdarzało się dość często – wtedy była bieda. Takie łyżwy najlepiej trzymały się zelówek skórzanych. Od gumowych często odpadały. Mieć takie łyżwy było zaszczytem, jednak bardzo często psuły one buty. Nie znano wtedy łyżew figurowych lub hokejowych z butami. Nieznany również był hokej na lodzie. Dzieci jeździły na łyżwach do przodu i do tyłu, a już wielkim kunsztem były różne przeplatanki, ósemki lub koła, podobne do jazdy figurowej. Od jazdy na łyżwach nie stroniły dziewczynki, ale tylko co odważniejsze. Jednak zawsze ubrane w spódniczki lub sukienki. Dresy i spodnie były wówczas nieznane. Lód był tak silny, że dzieci zapuszczały się daleko od brzegu, a niekiedy przez środek jeziora, co było bardzo niebezpieczne. Najbardziej niebezpieczne miejsca były u ujścia kanałów, oraz niedaleko trzciny, o czym dzieci bardzo dobrze wiedziały.
    Na lód przychodziły też dzieci ze sankami w różnych odmianach. Najprostsze to zrobione własnoręcznie przez chłopców małe saneczki, podobne do dwóch drewnianych łyżew połączonych drewnianą poprzeczką. Stawało się na nich obunóż z długą piką między nogami, którą się odpychano. Pika to tyczka z kolcem (gwoździem) na końcu. Inne sanki miały wygląd „ryczki” z płozami, również okute drutem. Siadano na nie i dwoma krótkimi pikami odpychano się równocześnie. Później pojawiły się sanki długie, gięte i łączone na przodzie. Siadała na nich dwójka dzieci, często ciągnionych przez inne dzieci lub rodziców.
    Bardzo romantyczne i nastrojowe były zalotne jazdy par młodzieńców i dziewczyn w blasku księżyca. Mimo wszystko zabawy były i są niebezpieczne, chociaż lód jest gruby. Dziś kiedy zimy są łagodniejsze – lód także cieńszy a zabawy stają się zupełnie niebezpieczne, wręcz zakazane.
    Dużo radości i uciechy dostarczały też obfite opady śniegu. Ze śniegu lepiono olbrzymie bałwany i przeróżne figury śnieżne. Rzucanie śnieżkami (kulkami) było tak popularne jak dzisiaj, kiedy jest śnieg. Wszystkie wzniesienia i pagórki, nadające się do zjeżdżania roiły się od dzieci. W Brennie wymarzonym do tego miejscem była tutejsza żwirownia – popularna pisownia. Po lekcjach w szkole panował tu istny rój dzieci. Każdy zjeżdżał na czym mógł. Niejeden wracał do domu z połamanymi sankami. Ostatnio dzieci usprawniły zjazdy. Zjeżdżały na plastikowych workach wypchanych słomą. Mówiły, że jeżdżą „na tytach”. Była też moda uwieszania się sankami za wozami lub dużymi saniami. Często dzieci wołały „wuja mogę się uwiesić”, gdyż nie wszyscy na to pozwalali, ze względu na bezpieczeństwo drogowe. Największym przeżyciem były konne kuligi organizowane na drogach wiejskich, polnych. Pięknie wyglądał taki kulig przejeżdżający przez ośnieżone dukty leśne z zapalonymi pochodniami. Dzisiaj te przepocone konie zastąpiono „koniami mechanicznymi” – ciągnikami. Pozostały tylko wspomnienia po koniach i dzwoneczkach, po zapachu końskiego potu..
    Ostatnie, chyba największe opady śniegu w Brennie notowano w roku 1963. Wtedy, dzisiejsza ulica Jeziorna była zasypana śniegiem i zawalona zaspami na wysokość bram wjazdowych, a drogę ludzie udeptali nad jeziorem. Czas leci, zimy złagodniały, zwyczajnie minęły – zdało by się zapytać: „Oj, gdzie te zimowe czasy?”.

                                                                                        Kazimierz Wolniczak






aktualizowano 2012-02-22 22:39:04 / AnitaSolarczyk


Brenno